myślę, więc jestem!
nie zawsze- zdaję się mówić serce.
na co dzień - podpowiada rozum.
uciekam od tego.
od Ciebie
od siebie.
od codzienności
powoli.
staram się nie pamiętać.
nie myślę. nie jestem?
tupię nogą o podłogę,
rytmicznie, pomału.
nadaję życiu bieg.
czekam, pomoże?
nie sądzę...
wpadam w rutynę,
by pomóc samej sobie.
nie, masz rację,
nie działa.
Zamykam, otwieram oczy,
jestem zmęczona.
Tak dziękuję za Twoją dłoń.
przynajmniej w marzeniach mnie wspiera.
O dzisiaj wyrzekam się.
Nie wierzę już wcale.
Mówię sobie głośno i wyraźnie,
że nie istniejesz.
Nie zapukasz do mojego serca,
a nawet jeśli, nie otworzę.
Nie pozwolę wkraść się pod powieki,
przebiegłość Ci nie pomoże.
Będę walczyć, będę się opierać.
Wygram!
Nie potrzebuję miłości,
ona na co dzień mi doskwiera...
wydaje mi się, że jestem w stanie robić sto rzeczy na raz, a zawsze przecież jestem w stanie znaleźć czas na jakieś dodatkowe czynnośći sportowo-rozwojowo-kształcąco-rokującenaprzyszłość. Czy osiągnęłam apogeum tego wszystkiego?? wydaje mi się, że tak i, że już nic więcej do mojego planu dnia nie wcisnę, po czym sama łapię się na tym. że mówię "tak, oczywiście nie ma problemu" i pozamiatane...
Trzeba zacząć się leczyć. Mental diseases same nie przechodzą.
Przynajmniej tak uczyli.
Nigdy nie byłam tą najlepszą, najładniejszą, najzdolniejszą, najlepiej uczącą się. Nie byłam bo na szczęście nikt nigdy tego ode mnie nie wymagał. I dobrze. Zawsze kochana nie wyrastałam w przekonaniu, że wszytko musi być idealne. Mimo to nie wiem czemu, może jest to spowodowane tym, że dopiero od niedawna jestem w sanie przyznać to przed samą sobą, mam poczucie, że nie spełniam jakiś wymagań. Że nie jestem perfekcyjna. Wiem nie muszę, tym bardziej, że tacy ludzie nie istnieją, a nawet jeśli, to mimo, że im tego współczuje, to gdzieś jednak, głęboko we mnie coś im tego bycia idealnym zazdrości.
Nie mam idealnej figury, ikonom mody też nie jestem, mimo obsesji kupowania (tak, wszelkie testy w gazeta póki co wskazują, że nie jestem zakupoholiczką), gotuję nieźle, ale do Nigelli Lawson sporo mi brakuje, nie prowadzę bloga o modzie/muzyce/hipster miejscówkach, zastanawiam się czy faktycznie chcę w życiu robić to co robię, tym bardziej, że jeszcze bardzo długa droga do tego co zamierzam osiągnąć i w tym miejscu zastanawiam się czy warto, jest po co i co mnie w związku z tym ominie. Wiecznie mi czegoś brakuje - idealnego związku, idealnej sukienki, idealnych wakacji. Niby wszystko w jakimś tam stopniu wypełnia się, ale wg moich chorych standardów to dalej za mało.
Powinno być tak: wstaję rano wyspana, biegnę na siłownie, potem z wielkim kubkiem kawy do pracy - to wszystko jeszcze przed 8. Po pracy mam czas na spotkanie z przyjaciółmi/kino/naukę języków obcych/ basen/łyżwy ewentualnie zahaczam o jakąś knajpę, żeby coś przekąsić. To nic, że pracę kończę ok.20.
W weekend lecę samolotem na 2dniowy wypad do Mediolanu/Londynu/Berlina lub wyjeżdżam ze znajomymi w góry na narty i zażywać kąpieli w gorących źródłach. Wszystko oczywiście w towarzystwie idealnego faceta, który mnie kocha, troszczy się o mnie, bla,bla,bla....
Zrelaksowana, wypoczęta, życie jest piękne!
Szara rzeczywistość niestety w moim wypadku ani trochę nie przypomina amerykańskiej komedii romantycznej gdzie wszystko jest so fucking perfect!
I niby to rozumiem i wiem, że tak ma być i że to jest normalne, ale niestety konsumpcyjny świat przez 24 lata wyprał mój mózg z racjonalnego myślenia w tej kwestii i póki co nic tego raczej nie zmieni...
wiem, to smutne.
Może ja też powinnam wszędzie powrzucać takie sesyjno - sfotoszopione zdjęcia profilowe??? W dobie tap madel i ogólnie mocno nadwyrężonego kanonu piękna, takie "cuda" stają się standardem. Mocny makijaż, tapir a'la 'poraził mnie prąd' i naturalnie dzióbek. Sam powiew świeżości. I naturalność - wiadomo!
Tak więc postanowione: szukam pro-fotografa, wydaję dwumiesięczną pensję (a co nie stać mnie?!) i wrzucam na wall efekty kilkugodzinnej pracy na planie zdjęciowym + kilkudziesięcio przy kompie, aby później (jak to w większości przypadków bywa) nie poznać się w osobie własnej.
teraz pozostaje jedynie kwestia, czy zdjęcie powinno być full-body czy raczej tylko 'fejs'???
Wydawałoby się, że wyższe wykształcenie do czegoś zobowiązuje. Tytuł magistra, lekarza czy inżyniera w teorii przynajmniej powinien stanowić jakieś wyróżnienie, mobilizację do zachwania przynajmniej podstawowych zasad kultury osobistej.
Okazuje się jednak, że może nie koniecznie...
Ale przecież prostakiem człowiek się rodzi i nic, nawet papierek z wyższej, tego nie zmieni. Mimo to nie potrafię się nadziwić jak można zachowywać się w tak niecywilizowany sposób w stosunku do osób, które robią coś dla nas bezinteresownie. I tu by się sprawdzał zasłyszany gdzieś kiedyś cytat nie wiem skąd - "wdzięcznością osła jest smród". Tak proste, a tak prawdziwe.
Tak z innej beczki, to miło sobie poleżeć nie myśląc o niczym, będąc na zwolnieniu... Szkoda, że mi nie dane. Tzn L4 dane, ale możliwość myślenia o niczym niestety już nie. Odpisywanie po kilka godzin dziennie na najgłupsze pytanie, typu 'czy sok będzie 100% bez cukru' albo 'to ja zamawiam dodatkowo colę light' odbiega znacznie od mojego wyobrażenia o chorowaniu w spokoju. Ale chciałam to mam! Ostatni raz - powtarzam sobie i mam nadzieję, że tym razem na powtarzaniu się nie skończy. Jeśli jeszcze kiedyś, w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach, w bliższej lub dalszej przyszłości, wpadnę na genialny w swojej prostocie pomysł, żeby coś dla kogoś zorganizować, to oficjalnie proszę - niech mnie ktoś trzepnie w łeb, kopnie w tyłek, cokolwiek. Byleby tylko wybić ów 'genialny pomysł' z głowy. Wdzięczna będę. Dozgonnie.
Teraz czekam, by dzień 2.12.2011r wypełnił się, bym mogła zasnąć snem sprawiedliwego, czy jak to tam było. Niech mi już nawet sąsiad od bladego świtu za ścianą wiertarką napi$%#*la, byle był to blady świt 3.12.2011r.
Amen.
Czemu z wiekiem co raz częściej zdarzają się te gorsze dni, których ma się dość w momencie jak tylko otwieram oczy. Głową muru nie przebijesz, bez względu na to jak bardzo i jak długo się starasz. tylko po co starasz się znów i znów od nowa....
Ludzie się dziwią czemu nie potrafią nawiązać relacji z drugim człowiekiem. Tak jakby słuchnie było wyczynem nadludzkim.
Wkurwia mnie gdy ktoś prosi o opinię, tylko po to żeby ją olać i zacząć uciszać za chwilę.
Nie chcesz wiedzieć - nie pytaj.
Zapytałeś - to kurwa nie wyśmiewaj, bo kolejnej już nie usłyszysz.
Zawsze byłam wdzięczna rodzinie za to jaka jestem, ostatnio zdaję sobie sprawa, że to chyba jednak nie najlepiej, że mam zawyżone standardy na każdym poziomie relacji między ludzkich. Coś co dla mnie jest oczywiste, dla innych jest kuriozum nie do przejścia, a co śmieszniejsze najczęściej to ja wychodzę na aspołeczną.
I bądź tu kurwa mądrym, człowieku.
Mam dość. Posiadania przyjaciół, bycia zakochaną, tłumaczenia dlaczego wg mnie ktoś zachował się tak jak nie powinien.
Jeżeli relacje między ludzkie są zbyt trudne dla Ciebie to w nie nie wchodź.
Ja się z tego klubu wypisuję....układy jednostronne są bezsensowne!